Proza psiego życia – odsłona trzecia

Kolejne ujęcia z (nie)spokojnej starości mojego, i nie tylko, psa. Zapewne niegdyś wspominałem, że mojego czworonoga trapi wredna choroba zwana padaczką. Jak potrafi uprzykrzyć życie właściciela to wiedzą Ci co ją przeżyli. Na szczęście leki wyciszyły ataki do akceptowalnego poziomu kilku w roku. Nie obyło się to jednak bez szkody na funkcjonowaniu innych organów. Od pewnego czasu męczący kaszel nie dawał spać jemu i nam. Dodatkowo pies był bezsilny i ospały. Diagnoza: nieuleczalna choroba serca związana z pracą zastawki między komorą, a przedsionkiem. Kolejne leki na szczęście wyciszyły chorobę, dając akceptowalny komfort psu. Niestety obie choroby są nieuleczalne i zostaną z nim do końca życia, którego, według weterynarza, nie zostało dużo. Mało też brakowało, a żywot tego „czterołapnego” łobuza zakończony byłby przed czasem, jednak dzięki mojej wytrwałości i wrodzonemu uporowi udało się powstrzymać to niecne działanie. O perypetiach z tym związanych i moich przemyśleniach usłyszycie w kolejnym odcinku „Wolnych monologów”. A teraz obiecane zdjęcia:

Na koniec ostatnio wynaleziony z otchłani archiwów bonus w postaci zdjęć z 2004 roku, z rejsu po Mazurach. Pies miał wtedy niecałe pół roku. Pamiętam jak uczył się chodzić po wąskim półpokładzie między nadbudówką, a podwięziami wantowymi. Obracając się wpadł do wody i od tamtego zdarzenia już wiedział, że należy iść tyłem aniżeli robić obrót.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *