Z pelletem do Ostrołęki

Jako że postanowiłem zrezygnować z pisanych mediów społecznościowych, między innymi z Instagrama, który nie dawał swobody opowiedzenia historii związanej ze zdjęciem, postanowiłem zamieszczać oddzielne wpisy, wszak większość ujęć zamieszczonych tam okraszonych było pewnym przekazem wartym przytoczenia.

Powyższą fotografię, później odpowiednio ubraną, zrobiłem na terenie elektrowni w Ostrołęce. Można zapytać co robił tam niemal 40-tonowy „zestaw”? W owym zakładzie spala się głównie pellet, a ja go tam przywiozłem spod Malborka. Część ujęć z tego kursu możecie obejrzeć w filmie #3 od minuty 40:05 z serii „Wolnego jazda ciężarówką” (https://youtu.be/HiGDqg1MX7A?t=40m5s). Były to moje początki w branży transportowej na rynku cywilnym. Jeździłem wtedy Scanią G420 z naczepą wywrotką Bodex. Bardzo miło wspominam tę konfigurację, głównie z racji ciągnika. Sam pellet jest osobliwym ładunkiem ze względu na wagę, a raczej jej znikomość. Zwykłe naczepy wywrotki mają mniejszą pojemność i ładowane są do pełna. Zazwyczaj trzeba łopatą rozgarniać granulki, aby wypełniły skrzynię w 100%, a i tak nie osiągniemy maksymalnej wagi. Często ładowniczy nasypie nam „górkę”, na którą później musimy naciągnąć plandekę, co nie zawsze jest łatwe. Podczas jazdy też trzeba uważać, aby nie pogubić ładunku po drodze.

Sama procedura rozładunku w elektrowni różni się od tych, które widywałem w porcie w Gdyni. Zanim jednak o tym wspomnę, warto zaznaczyć, że gro naczep tam pojawiających się to naczepy wywrotki przestrzenne z tzw. „walking floor” („ruchomą podłogą”). One potrafią bez skrępowania zabrać maksymalną dopuszczalną wagę ładunku. Wróćmy jednak do procedur. Przyjazd jest awizowany na konkretną firmę, na konkretną ilość kierowców i na konkretną porę. Po wjeździe na teren zakładu pobieramy unikatowy bilet, po czym jedziemy na stanowisko wysypu, pod tzw. „kosz”. Tam z pomocą pracownika realizujemy rozładunek i wracamy szczęśliwi do domu nie zaprzątając sobie głowy formalnościami. „Automatyzacja w służbie kierowców” – rzekłoby dumne hasło rodem z PRLu.

Z tym wyjazdem wiąże się jeszcze jedna, kontrowersyjna dla mnie sytuacja. Nadmienię, że pierwszy raz tam byłem i nie znałem ichniej procedury, a przed wyjazdem nikt nie przekazał mi informacji. Zajeżdżam na parking przed elektrownię i widzę trzy nasze „zestawy” z firmy. Pytam chłopaków czemu nie wjeżdżają. W odpowiedzi słyszę, że mają awizację na sobotę i ja pewnie też taką mam. Dzwonię do szefa i dowiaduje się, że jeśli mnie wpuszczą mam wjeżdżać, jeśli nie to czekać do soboty. Idę do ochroniarza przy szlabanie i pytam czy mogę wjechać. Po sprawdzeniu firmy, osobnik mówi mi o jeszcze jednej wolnej awizacji. Wjeżdżam, wysypuję, wracam na parking. Podchodzi do mnie jegomość z czarnego Volvo i mówi, że jak tak będę robił to kolegów w firmie nie będę miał, po czym stwierdził, że ta awizacja miała być dla niego. Na pytanie dlaczego nie wjeżdżał nie usłyszałem odpowiedzi. Dzwonię do szefa i pytam czy czasem czegoś nie namieszałem wjazdem w piątek, a on z rozbrajającą szczerością:

– Dobrze jest, wszystko w porządku. Tamten nie wiedział, że ma wjeżdżać.

Nawet już nie pytałem co się stało i czemu się nie dogadali. Sprawdziłem naczepę, zapiąłem plandekę i ruszyłem zmieszany w powrotną drogę, malowniczym krajobrazem skąpanym w zachodzącym słońca świetle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *